RSS
 

Ignacy Brykalski – we wspomieniach syna.

23 wrz

IMG_9917

Seweryn Brykalski wspomnienia o ojcu Ignacym – wieloletnim organiście i społeczniku z Radzanowa. Spisane w mieście Łodzi , sierpień 1969 roku.

 

Chyba odkąd istnieją ojcowie i synowie, ci ostatni, kiedy dorosną wspominają tych, którzy powołali ich do życia , nauczyli żyć, przekazali swoje doświadczenie.

Wspominają – w jakim celu? Czy chodzi tu o bezwiedne oddawanie hołdu, czy o przedłużenie we wspomnieniach czegoś najdroższego, najpiękniejszego, czy o przedłużenie przebywania razem ze swoim najpierwszym i najbliższym przyjacielem, nauczycielem, opiekunem, wzorem.

   Moje wspomnienia o Ojcu są po trochu wszystkim. I hołdem i chęcią przedłużenia w nieskończoność przebywania razem z Nim , przekazaniem moim Synom tego, co dla mnie jest czymś ogromnie wielkim dobrym, słonecznym, pozwalającym wierzyć w ludzi, w ich życzliwość i przyjaźń. Chciałbym , aby to uczucie udzieliło się , stało się własnością moich Synów, którzy nie pamiętają swojego Dziadka, gdyż urodzili się kilkanaście lat po jego śmierci.

     Mój Ojciec nie wyróżniał się niczym szczególnym, nie był wielkim wodzem, mężem stanu, wybitnym artystą, nie posiadał żadnych zaszczytów, orderów ani majątku. Tylko jeszcze 30 lat po Jego śmierci ludzie pamiętają , że miał dla wszystkich życzliwy uśmiech , że kłaniał się i mówił ,,dzień dobry” nawet dziadowi  spod kościoła, nikogo w swoim życiu  nie skrzywdził i miał największa ilość ,,krześniaków” chyba w całym powiecie.

  Czy miał też jakoś pasję? Miał. I wszyscy w miasteczku znali ją doskonale. Pasją tą był miejscowy chór – śpiew i muzyka. Kiedy dyrygował stworzonym przez siebie chórem , przeistaczał się cały , stawał się wielkim dyktatorem, którego woli chórzyści musieli się bezwzględnie podporządkować. Dyrygując unosił się nieomal w powietrzu z rozwianym włosem i roziskrzonym wzrokiem; biada temu czy tej ,kto sfałszował chociaż jedna nutę.. Cóż to wówczas było  dla mnie7 – 8 letniego smyka za przeżycie, kiedy ukryty w tłumie słuchaczy patrzyłem  na wyolbrzymiałego w tym czasie Ojca. Ileż miałem dla Niego podziwu  i jak wówczas dumny byłem z tego , że ten, któremu w tej chwili SA posłuszni  i w którego wpatrzeni są wszyscy mieszkańcy miasteczka, to mój Ojciec. Wydawało mi się także wówczas, że tylko ja go rozumiałem i wiem, iż jego dusza unosi się w tej chwili ku niebu, a ja podążam za swoim Ojcem.

  Kiedy przebrzmiewały ostatnie tony pieśni, Ojciec przez kilka chwil jakby łowił uchem uciekającą ku górze melodię i i stawał się z powrotem miłym, życzliwie uśmiechniętym człowiekiem. Odnajdowaliśmy się w rozchodzącym się  i zadumanym tłumie . Ojciec brał mnie za rękę  i szliśmy przejść się nad rzekę. Ojciec stawał się dowcipkującym, zadowolonym z siebie i świata wesołkiem. Dowcipkował z mojej, jeszcze głupawo niepochłoniętej miny, wspominał wydarzenia ze swojej młodości, opowiadał śmieszne historyjki .Dowcipkując przekazywał mi swoje poglądy na życie, swoje  spojrzenie na świat i ludzi.

   Uczył mnie życia nie tylko opowiadając historyjki, pokazywał je ze wszystkich stron, chciał abym poznał je dokładnie.

  Przypominam sobie go, kiedy we wrześniu 1939 r. wysyłał moich  starych braci ,, za Wisłę” , aby szli bronić rodzinnego domu. Najstarszy 21 – letni brat walczył już wtedy w Modlinie, 19 letni zabrał ze sobą siekierę, 17 letni toporek, dla 15 letniego został już tylko nóż. Ojciec przyglądał się im ruszającym w noc z tą ,,bronią” przeciwko samolotom i czołgom , tylko szczęki miał silnie zaciśnięte i patrząc na mnie i 5 letnią siostrę udawał , udawał ,ze się uśmiecha, jakby chciał powiedzieć , że wszystko będzie tak , jak było dotychczas.

  Nie stało się jednak tak , jak obiecywał wzrok Ojca. Przyszli do miasteczka ,,nadludzie”, ucichł śpiew chóru. Ojciec dziwnie postarzał się, zmalał,  rzadko uśmiechał się, nie dowcipkował, chodził zamyślony i przygaszony. W tym czasie chciałem się koniecznie czymś wyróżnić , aby uzyskać pochwałę w szarych , mądrych oczach Ojca. Z  tego okresu utkwiło mi w pamięci pierwsze ,,spotkanie” Ojca z żandarmami , którzy przyszli do naszego domu, aby aresztować najstarszego z moich braci – Beńka. Ojca w tym czasie nie było w domu, starszy brat uciekł w pole tylnymi drzwiami  i rozwścieczony tym jeden z żandarmów zaczął nas po kolei bić gumowa pałką , gdzie popadło. W tym czasie do domu wszedł Ojciec  i zobaczył , jak żandarm uderzył naszą Matkę. Ojciec nic nie mówiąc , podszedł do żandarma , chwycił go za kołnierz  i wyrzucił z mieszkania. Patrzyliśmy z przerażeniem, co będzie dalej . Wyrzucony za drzwi żandarm tak się przestraszył i zdumiał  , iż nie użył wówczas broni, bo rzeczywiście , on przedstawiciel rasy panów , 2 metrowej wysokości chłop , uzbrojony, wyrzucony za drzwi przez mizernego chudeusza, który nawet w wojsku nie służył z powodu wątłego zdrowia. Drugi z żandarmów także nie ruszył z pomocą koledze, tylko chyłkiem opuścił mieszkanie.

   Jakiż byłem znów dumny ze swojego Ojca i jak koniecznie chciałem czymś się zasłużyć , aby zdobyć uznanie  w Jego oczach i przekonać ,że w potrzebie postąpię tak , jak On by sobie tego życzył. Okazja ku temu nadarzyła się  niebawem. Ponieważ obowiązywało u nas zdejmowanie czapki przed każdym umundurowanym Niemcem, uważaliśmy za punkt honoru omijać ich, aby nie uczynić tego. Jednego razu nie udało mi się jednak ominąć żandarma. Nie wiedziałem co zrobić, ale ostatecznie chciałem udać , że go nie widzę i przejść spokojnie. Żandarm doskoczył jednak do mnie  i wrzeszcząc zrzucił mi , 10 letniemu chłopcu czapeczkę na ziemię. Bardzo się wtedy przestraszyłem , ale chcąc się okazać godnym swego Ojca  podniosłem z godnością czapeczkę , założyłem na głowę  i chciałem się oddalić . moje zachowanie jeszcze bardziej podnieciło żandarma, wyjął gumową pałkę i zaczął mnie bić. Jednak zawziąłem się , nie zdjąłem przed nim czapeczki i mimo dotkliwych razów nie zapłakałem.

Cała tę scenę widział przez okno Ojciec i kiedy po skończonej ,,egzekucji” podszedłem do Niego, wziął mnie na ręce jak malutkie dziecko, głaskał po głowie , nic nie mówił tylko szybko mrugnął oczami  i grdyka dziwnie mu się ruszała. Popłakałem się w ramionach Ojca i czułem, że Ojciec jest ze mnie zadowolony, a czyż mogła być dla mnie większa nagroda niż jego pochwała.

Przez cały czas okupacji wiedziałem, czułem, że Ojciec cos robi, za co grozi Mu śmiertelne niebezpieczeństwo, ale nie wyobrażałem sobie aby mógł postępować inaczej. I stało się to, czego wszyscy obawialiśmy się, chociaż nikt tego nie mówił. Zimowa nocą 1943 roku ci sami żandarmi, którzy trzy lata przedtem chcieli ,,złapać” mojego brata, przyszli aresztować Ojca. Kiedy żandarm  zakładał kajdanki na ręce Ojca, ten spojrzał na nas jakby chciał nas sprawdzić , policzyć  i zapamiętać i jednocześnie nakazać, abyśmy nie płakali przy żandarmach. Wydawało się nawet , że mrugnął do mnie porozumiewawczo abym i tego nie zapomniał. Nie zapomnę , jak nie zapomnę tego, jak przez cała noc chodziłem z braćmi wokół aresztu, żeby dowiedzieć się , co mamy dalej robić . Gdyby jeszcze w domu dał znak , na pewno rzucilibyśmy się na nadludzi ze swastyką w herbie i prawdopodobnie nie dalibyśmy  zabrać Ojca. Ale Ojciec nie dal znaku, gdyż wiedział, że za czynny opór  żandarmom nie tylko cała rodzina , ale i może całe miasteczko stałoby się drugim Oradour.

  Spokojnie , tak jak się dał zabrać żandarmom, następnego dnia rankiem wyszedł z aresztu i wszedł bez niczyjej pomocy na furmankę, która miał być przewieziony do powiatowego więzienia. Żegnało go chyba całe miasteczko, kobiety płakały cicho, meższczyźni patrzyli ponuro, tylko żandarmi uśmiechali się zwycięsko. Cisza była na rynku, Ojciec spoglądał na nas z furmanki i wydawało mi się jak gdyby dla dodania wszystkim otuchy uśmiechnął się.  Kiedy wzrok Ojca zatrzymał się na mnie, nie wytrzymałem i  krzyknąłem ,,Tatusiu – nie jedź” Ojciec tylko zamrugał szybko oczami, najstarsza siostra zakryła mi usta ręka, eskorta zrobiła jak gdyby ruch ręką w kierunku rewolweru, ale nic się nie stało, nikt nie poruszył się . Ojciec skinął ręka na pożegnanie , ostatni raz uśmiechnął się, woźnica podciął konie – zostaliśmy sami. Zaczęliśmy się rozchodzić, słońce przestało świecić , lód na rzece błyszczeć, ludzie rozmawiać ze sobą. Dziwnym tylko mi się wydawało ,ze Ojca nie ma , a my żyjemy, jemy, pijemy, śpimy, krzątamy się. Moi starsi bracia dowiedzieli się , w którym więzieniu osadzono Ojca, że czasami jest wraz z innymi więźniami wyprowadzany do odgruzowania miasta i że wówczas można się z Nim zobaczyć. Po kolei jeździliśmy ,,na widzenia”, wreszcie i na mnie przyszła kolej. Ostatnie to było moje spotkanie z Ojcem. Zobaczyłem go, jak niedaleko więzienia kopał, odrzucał gruz wielka łopata, ze spokojem  i z jakąś dziwną rezygnacją. Kiedy zauważył mnie idącego grdyka podniosła się ku górze, odstawił łopatę i nie zwracając najmniejszej uwagi na krzyczącego strażnika podszedł do mnie i przytulił. Matka mówiła mi, abym przekazał Ojcu paczkę z żywnością i powiedział ,że czekamy na jego powrót, ale ja nic nie pamiętałem  i tylko przez łzy powtarzałem w kółko ,,Tatusiu , kiedy wrócisz, kiedy wrócisz” Ojciec głaskał mnie tylko po głowie i mówił także ze łzami w oczach ,,Nie płacz, nie płacz” Taka była ostatnia rozmowa Ojca ze mną. Spotkanie trwało zaledwie kilka sekund , strażnikowi wydawało się to za długo, podszedł do nas, wyrwał mnie z obcięć Ojca i pchnął  w stronę dziury w parkanie, przez którą przeszedłem. Ojciec zdążył mi tylko jeszcze powiedzieć ,, czekaj na mnie i nie martw Matki”.

   W kilka dni po ,,widzeniu” Ojca wywieźli z powiatowego więzienia do obozu w Oświęcimiu, skąd już nie powrócił . Nie powrócił, mimo że czekałem na Niego, tak jak mi przykazał, a w kilka miesięcy później w czasie Powstania warszawskiego wybrałem się na piechotę do Oświęcimia. Nie doszedłem , gdyż już w powiatowym mieście zostałem złapany i przywieziony przez znajomego chłopa  z powrotem do domu.

  W domu Matka i starsze rodzeństwo, każde na swój sposób czekało na powrót Ojca. W nadziei podtrzymywały listy, które przychodziły od Niego raz w miesiącu.

  Pamiętam jakie było święto w rodzinie, kiedy przyszedł list. Wszyscy zbieraliśmy się w jednym pokoju , a najstarsza siostra czytała ,, Kochana Żono i dzieci”. Zawsze pisał , że jest mu w obozie dobrze – innego listu cenzura nie przepuściłaby – czuje się zdrów, całuję i pozdrawiam wszystkich. Po każdym liście, jak gdyby nowa otucha wstępowała w nas , mieliśmy nadzieję ,że już niedługo , pół Polski do Wisły było już wyzwolone, liczyliśmy na nową ofensywę, która wyzwoli drugą część naszego kraju, wyzwoli Oświęcim i Ojciec wróci.

Niestety w sierpniu 1944  roku otrzymaliśmy kartę pocztową, pisana w drodze, w której Ojciec zawiadamiało nas , abyśmy czekali na nowy adres. Domyślaliśmy się ,że obóz w Oświęcimiu  jest ewakuowany i Ojciec jest w jednym z transportów. Niewiele rozmawialiśmy ma ten temat, a nawet każdy przekonywał Matkę , iż wszystko będzie dobrze, chociaż wiedzieliśmy , co to znaczy transport – podróż w zaplombowanych wagonach lub pieszo – dla schorowanego i podeszłego wiekiem Ojca. Jednak jeszcze długo po zakończeniu wojny nie chcieliśmy wierzyć, że Ojciec nie żyje, jeszcze kilka lat czekaliśmy na jego powrót.  Przypominam sobie , jak na ślubie jednego z braci celowo stanąłem przy samych drzwiach kościoła , gdyż miałem nadzieję, że w tym uroczystym dniu Ojciec wróci, a ja muszę Go  pierwszy przywitać. Wychodziłem także często wieczorem na szosę , skąd spodziewałem się i wyobrażałem sobie ,że pierwszy zobaczę idącego Ojca, ale nie doczekałem się.

   Prawdopodobnie podczas transportu więźniów z Oświęcimia  nie wytrzymał trudów podróży i zginał, jak wielu innych niewinnych ludzi. Nie wiemy nawet , gdzie zginał i gdzie jest jego grób. Tylko na mazowieckim wiejskim cmentarzu umieszczona jest pamiątkowa tablica Człowieka , który nie wyróżniał się niczym szczególnym., nie był wielkim wodzem , mężem stanu, wybitnym artystą, nie posiadał orderów , ani zaszczytów .

  Było człowiekiem skromnym, kochającym ludzi , Zycie, zawsze pogodnie uśmiechniętym , który nikogo w swoim  życiu nie skrzywdził i chciał , aby wszyscy wokół Niego byli uśmiechnięci i odczuwali piękno zawarte w muzyce i pieśniach.

     I takim, życzliwie  i wyrozumiale uśmiechniętym zapamiętali Go ci, z którymi żył, pracował , których kochał i którzy Jego kochali.

 

Łódź, sierpień 1969 r.

 

20140920_103101

 

[podpis ręczny]

Seweryn

 

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Historia i turystyka

 

Tags: , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Waldek

    13 kwietnia 2017 o 12:03

    Grób Ignacego Brykalskiego znajduje się na cmentarzu wojennym w Vaihiungen an der Enz. Niestety na stronie internetowej nie ma daty śmierci.

     
  2. ~Waldek

    27 kwietnia 2017 o 13:36

    Chciałby dodać dalsze informacje. Ignacy Brykalski urodził się 6 września 1888 roku w miejscowości Kiełki, w parafii Baboszewo. Około 1890 rodzina Brykalskich przeniosła się do Radzanowa. Ojciec jego – Stanisław – był młynarzem i posiadał wiatrak na Poświętnem. Rodzinie wiodło się dobrze, Ignacy miał dobry słuch muzyczny i został wykształconym organistą. Z czasem objął taką posadę w kościele parafialnym w Radzanowie. Był bardzo zaangażowanym w swej pracy, prowadził chór i udzielał lekcji śpiewu i muzyki. Angażował się także w działalność strażacką i patriotyczną. To ostatnie zaangażowanie spowodowało nieszczęście podczas niemieckiej okupacji. 15 lutego 1943 roku został aresztowany przez policję polityczną i wywieziony do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz. Stamtąd, w trakcie ewakuacji obozu w 1944 roku przewieziony został do obozu w Dautmergen, a następnie do KL Vaihingen w pobliżu Stuttgartu (Badenia-Wirtenbergia). Do Vaihingen przybył 9 listopada 1944 r. i otrzymał numer obozowy 124 302. Tutaj więźniowie pracowali bardzo ciężko w kamieniołomach. Wobec nadludzkiej, ciężkiej pracy fizycznej i niedostatecznym wyżywieniu, wycieńczony, znalazł się Ignacy Brykalski 10 stycznia 1945 roku w obozowym baraku-szpitalu. Zmarł 16 lutego 1945 r. o godzinie 6.30 po południu, jak napisano w dokumencie obozowym – z powodu „ogólnej niewydolności”. Pochowany jest na cmentarzu wojennym w Vaihingen.